wtorek, 23 stycznia 2018

przeczytałam, trudno

Od czasu do czasu dostaję zapytanie, czy zgodzę się przeczytać jakąś książkę a potem napisać o niej na blogu. Blogi są pełne takich recenzji bo to tania forma reklamy chyba że bloger oczekuje za to zapłaty. Ja oczekuję i dlatego nie macie tu zbyt wielu reklam. Poza tym staram się zawsze uczciwie poinformować czy notka jest sponsorowana czy też nie.  

Czytać lubię ale pisać wyłącznie pochlebnych opinii nie umiem, staram się być rzetelna a kiedy widzę, że musiałabym mocno skrytykować, milczę. I to nie jest dobre.

To nie jest dobre ponieważ blogi pełne są entuzjastycznych pochwał – cudowna, wciągająca książka, czyta się z zapartym tchem, warto kupić, warto podarować i tak w kółko. Nie widzę słów krytyki, choć często mam zupełnie inną opinię. Powieść może być przecież nudna, pełna nieścisłości, napisana niechlujnie, pełna błędów i literówek. Można to oczywiście zwalić na drakońskie warunki stawiane przez wydawnictwa, cóż biedny pisarz winien.  Ha ha. Napisz sama lepiej i się nie czepiaj.

Pisać może każdy ale nie każdy powinien. Dlatego pozostanę przy blogach.

Było sobie dziewczę cudne  i skromne ale zostało  uwiedzione przez obrzydliwie bogatego prawnika po to, by ten mógł zdobyć przez ożenek jeszcze więcej pieniędzy. Czyli motyw znany i od razu wiadomo co będzie dalej. Przewidywalność, to jest ważne w tych książkach.  Po co męczyć czytelnika.

Weź się Klarka opamiętaj i przestań pisać z taką  ironią. Jest książka, jest czytelnik, jeden pisze drugi kupuje i o to w tym chodzi, nie wszystkie jesteśmy Szymborskimi.  

Rzecz dzieje się w Krakowie ale mogłaby się dziać w każdym innym mieście, wystarczy tylko zmienić nazwę.  Szkoda, bo przecież  jeśli Kraków to niechby były choć gołębie srające na głowę,  albo niebieskie tramwaje, albo obwarzanki,  lisiecka czy krakowska kiełbasa. to nie, po co. 

Dziewczyna podstępnie oszukana ale zakochana do szaleństwa wyszła za mąż,  jest w ciąży i to zagrożonej, w związku z tym musi do rozwiązania leżeć w szpitalu. Rodzi zdrową córeczkę i wraca do miejsca zamieszkania, nie wiedzieć czemu nazwanego przez autorkę nie domem, nie mieszkaniem lecz apartamentem. Tam dochodzi do siebie i odkrywa uroki macierzyństwa. Karmi piersią swoje nieco wcześnie urodzone maleństwo (często to podkreśla – Marynia jest wcześniakiem i dlatego marznie) a wieczorem wraz z mężem popija wino. 

I tu się ucieszyłam myśląc, że wreszcie zacznie się coś dziać. Skoro ona bezmyślnie pije alkohol a on jest  taki prawnik kuty na cztery nogi to postara się aby pozbawić ją praw do dziecka, będzie dramatycznie i nie wiadomo jak to się skończy, może ona skoczy do Wisły z kładki Bernatka, to już byłoby nawiązanie do tradycji i brawa dla autorki się należą.

Nie doczekałam się i dlatego przestrzegam – nie czytajcie tej książki!

Bilet do szczęścia. Beata Majewska. 

sobota, 20 stycznia 2018

znów o miłości

Kiedyś dostawałam ze dwadzieścia maili dziennie a wszystkie wołające o pomoc, radę, pieniądze, pociechę, podziw, wsparcie, o nic nie wołające tylko oceniające mnie dobrze a częściej źle i bardzo źle i  dopiero kiedy całkiem osiwiałam od ludzkiego i swojego zmartwienia,  powiedziałam „dość” i przestałam się przejmować ludzkimi prawdziwymi i zmyślonymi historiami. Wiele z tych listów zaczynało się od słów „możesz o tym napisać na blogu” albo „nie pisz o tym na blogu”.

Przestałam nie tylko pisać o tym na blogu ale także odpisywać a do tego onet przestał wyrzucać blogi na pierwszą stronę i tak się skończyła przygoda z „Klarko piszę do ciebie bo nie mam do kogo napisać”.

A potem szlag trafił moją pocztę i powoli zapominałam o cyklu „patologia jest wśród nas”.
Niedawno jednak przypomniała mi się historia dziewczyny, która zaczęła list słowami „Jestem wkurwiona na życie”.
To tak jak ja – pomyślałam, ale tego życia nie zostało mi już tak dużo jak tej dziewczynie, więc i z błędami muszę być ostrożniejsza. Nie gadajcie mi tu że nie wiadomo kto kiedy i że różnie bywa, wiem że tak jest. Ale jeśli ktoś zrobi coś okropnego mając 24 lata to ma 50 lat na naprawienie a jak ma 54 lata to ma 20 na naprawienie. Tak z grubsza. Poza tym wcale mi się nie uśmiecha starać na starość, niech się inni starają.

Dziewczyna miała 24 lata i męża starszego od siebie o sześć lat. Mieszkali w domu jej matki, która była wdową. Dziewczyna oczekiwała od swojego męża nie tylko partnerstwa ale również opieki i troski a także adoracji. A tymczasem to mamusia troszczyła się o zięcia tak, że dziewczyna bywała czasem zazdrosna i zła, nie umiała jednak postawić granicy bo sama korzystała z mamusi usług – prania, prasowania, gotowania i sprzątania.

Mama będąc młodą rencistką z radością i entuzjazmem hołubiła zięcia a ten nie miał nic przeciwko temu bo kto by się sprzeciwiał – wracał z pracy a tam obiadek na stole, koszule poprasowane, zimne piwko w lodówce, latem leżak w ogrodzie. Czasem pochodził za kosiarką, czasem coś tam dokręcił, powiesił obrazek  i tyle z jego udziału w pracach domowych.  

Żona również  prosiła męża o drobne przysługi – zrób mi kawy, herbaty, drinka (nie w tym kubku, nigdy nie pamiętasz ile słodzę, dolewaj do pełna, za dużo lodu, za mało mięty) ale to było raczej wołanie o uwagę niż wysługiwanie się małżonkiem.

Z czasem dziewczyna była zła na matkę o wszystko to, co wcześniej jej nie przeszkadzało. O pożyczanie ciuchów i używanie kosmetyków, o oglądanie seriali, wreszcie zaczęła mieć pretensje o niezdrową kuchnię. To prawda, matka gotowała starodawnie i domowo. Tart szpinakowych ani surowych ryb w ich domu nie było.

Matka znosiła te fochy i gniewy aż raz nie wytrzymała i zaproponowała, aby  córka się wyprowadziła i rządziła na swoim. Zięć gorąco zaprotestował. Mało tego, po miesiącu kłótni  i wojen oznajmił, że żona  może się wyprowadzić ale on się nie ruszy bo kocha swoją teściową bardziej niż żonę nie tylko za dnia ale również nocą.
I tak się stało, że wkurwiona na życie dziewczyna została zdradzona przez dwie najbliższe osoby i nie wiem jak to się skończyło, na pewno nie urwaniem jaj, podpaleniem domu wraz ze wszystkimi szmatami matki i wieloma innymi formami zemsty o których pisała mi dziewczyna. A może. Ktoś wie?