środa, 22 marca 2017

przemoc w szkole

tytuł musi być chwytliwy

Nauczyciele chyba wyczuli zło czyli mnie na piętrze i robią hurtowe porządki w swoich rzeczach. W koszu na papier lądują sterty kartek, broszury a nawet całe książki. Pewnie dowiedzieli się o karach czyli o zamykaniu w toalecie i zabieraniu klamki, przemoc króluje! Kto nie czytał na fb to nie wie o co chodzi. Regulamin nowej woźnej wiedźmy przewiduje za byle co a nawet profilaktycznie zamykanie w schowku na szczotki, zamykanie w szafie i zaostrzenie kary czyli zabranie klamki. Chlastanie znienacka szmatą czy mopem też się zdarza, cóż, chcieli woźną mają woźną. 
W sprawie religii w szkole - jest, owszem. Na czwartym piętrze w środy o siódmej trzydzieści  czyli przed wszystkimi lekcjami przychodzi zakonnica i dwoje dzieci i mają swoje zajęcia. 
W całej szkole nie ma żadnych symboli religijnych, dzieci ubierają się zwyczajnie tylko największe łobuzy wycwaniły się i noszą nieprzemakalne kurtki z kapturami, wiadomo, ochrona przed szmatą i mopem. 
Dziś świętowaliśmy Dzień Wody i nawet dyrektor ubrany był na niebiesko. Ja miałam niebieskie spodnie, trochę strzaskane domestosem ale nikt nie patrzy na to jak jestem ubrana bo nikt się nie ogląda uciekając wiadomo przed czym. 
Kurde, tyle razy Was przestrzegałam - uważajcie na marzenia! No bo zobaczcie. Kiedyś już pisałam - marzyłam o zarabianiu pisaniem i co? Miałam pracę w urzędzie, gdzie musiałam ręcznie adresować setki kopert. A teraz znów to samo - całe życie chciałam iść do szkoły to nie było jak i nie było za co. I co? Poszłam do szkoły sprzątać! 
Możecie mi mówić wiedźmo! I dziś też Was kocham. 

sobota, 18 marca 2017

patrzę na nich

Zaledwie kilka miesięcy temu byłam wśród ludzi, którzy czekali na śmierć. Nie oburzajcie się, ja piszę w prostych słowach, nie lubię poprawności i nie upiększam rzeczywistości. Nie ma w tym okrucieństwa bo nie ma dobrej pogody w domu pogodnej jesieni - tak ktoś chciał przyjaźnie nazwać domy starców ale czy tam naprawdę mieszkają  weseli staruszkowie, miło spędzający czas na towarzyskich rozmowach, grach i zabawach, cieszący się życiem? Całkiem możliwe że są takie miejsca, jednak w naszej rzeczywistości do domu opieki trafiają ludzie którzy z powodu różnych dolegliwości fizycznych i psychicznych już w żaden sposób nie potrafią sami funkcjonować i wymagają całodobowej opieki.
Paradoksalnie muszą być dość zamożni bo miesiąc pobytu w takiej placówce kosztuje 3 tys zł i więcej. Są często całkowicie zdani na łaskę i niełaskę personelu, samotni, rzadko albo wcale nie odwiedzani przez rodzinę i znajomych w różny sposób zabiegają o uwagę opiekunek. Proszą o umycie zębów, zmianę pampersa, zmianę pozycji, odkrycie bo gorąco lub przykrycie bo zimno. Garść tabletek dwa razy na dobę, pielęgnacja, karmienie, z łóżka na wózek, z wózka na łóżko. Zazdroszczą osobie która dwa razy w tygodniu jeździ na dializy – zmieni kapcie na buty, szlafrok na płaszcz, zobaczy innych ludzi, poczuje deszcz na twarzy.
Patrzyłam pełna współczucia na ciała naznaczone operacyjnymi bliznami, brzuchy, biodra, plecy z grubymi białymi krechami, poskręcane ręce, przykurczone nogi, zdeformowane stopy. To musiało boleć, och, to musiało być okropne cierpienie, takie rzeczy nie goją się w tydzień.
Czasem pomagałam przy porządkowaniu dokumentów. Dyrektor, profesor, główna księgowa znanej firmy, samorządowiec? Niemożliwe, jak to, tu? A no tu.

Upłynęło kilka miesięcy, zaczęłam pracę  parę ulic dalej. 

Patrzę na dorodną młodzież. Są piękni. Są wypielęgnowani. Mają gładką skórę, błyszczące włosy, śnieżnobiałe zęby. Mówią swobodnie kilkoma językami. Za chwilę matura a potem uczelnie na całym świecie. Mają wszystko. Dziewczęta noszą torebki warte mojej miesięcznej pensji. Nie krzyczą na przerwach i nie biegają. Brzydzą się dotykać toalety dlatego zużywają ogromne ilości papierowych ręczników. Nie wiedzą, że najwięcej bakterii jest na klamkach. Unikają kontaktu wzrokowego, są zajęci wyłącznie sobą. 

Niektórzy z nich są zakochani. Rosjanin biega po piętrach za śliczną Polką a ona podrywa Kanadyjczyka, który bezustannie coś czyta i nie dostrzega szkolnej piękności. Jedno z biednych bogatych dzieci, odziane w czarne futerko i białe legginsy przynosi czasem pieska i oczekuje, że będę się biegającym po szkole zwierzątkiem zachwycać o wpół do ósmej rano, kiedy właśnie schną podłogi. Dziecko – myślę – dziecko, co z ciebie wyrośnie? Masz najwyżej dwanaście lat a zachowujesz się jak trzydziestolatka, która straciła rozum na rzecz pieniędzy narzeczonego.

Przepiękna dziewczyna z maturalnej klasy charakterystycznie, bardzo mocno maluje oczy. Ma cudowny uśmiech, zawsze się wita. To wyjątek, niewiele z nich mówi nam "dzień dobry". Patrzę na nią myśląc - dasz radę, masz odwagę, trzymaj się.  
Patrzę na nauczycieli. Podoba mi się sposób bycia cudzoziemców. Oni czują się pewni siebie, swobodni, bezproblemowi. Rozmawiają ze mną jak z koleżanką z pracy. Co słychać, jak się czujesz, co czytasz. Już wiem kto lubi koty, kto podróżuje spędzając noclegi na kampingach a kto nie lubi gotować. Siadają w klasach wraz z dziećmi czekającymi na zajęcia, słychać śmiech i wesołą rozmowę. Czasem się wygłupiają i dopiero gromkie, charakterystyczne  „ok, girls” uspokaja towarzystwo.
Patrzę na polskich nauczycieli prowadzących zajęcia MEN.  Praca tutaj kosztowała ich bardzo wiele starań, mają mnóstwo certyfikatów, kursów, tytułów naukowych. Niektórzy z nich są w wieku mojego syna. Chodzą szybkim krokiem. Unikają spojrzeń, uśmiechają się na powitanie z minimalnym kontaktem wzrokowym. Idą korytarzem otoczeni chłodem. Dystans. Dokładnie tak samo niektóre opiekunki w domu starców unikały spojrzeń podopiecznych.

Między młodością i starością toczy się życie. Jedni pracują aby żyć, inni żyją aby pracować. Jeszcze inni nie znają wartości ani pieniędzy ani pracy.  A na drzwiach klasy w której odbywają się zajęcia z historii wisi portret rewolucjonisty w charakterystycznym berecie.